środa, 31 sierpnia 2016

Dolina Śmierci - Death Valley (Kalifornia)


Dolina Śmierci jest powierzchniowo największym parkiem narodowym w Stanach, który słynie głównie z tego, że latem goręcej jest tam niż w piekle. Jest również najniższą depresją w Ameryce Północnej. Najniższy punkt znajduje się 85 metrów poniżej poziomu morza. Podczas planowania wakacji Dolina Śmierci była na mojej liście rezerwowej. Nie bardzo wiedziałam czego się po niej spodziewać, czy będzie tylko wielką, pustynną dziurą i czy w ogóle warto poświęcić tyle godzin, żeby tam dojechać. Opinie w internecie zaciekawiły mnie na tyle, ze postanowiłam dać jej szansę. Całe szczęście, że tak wyszło, bo było to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc jakie kiedykolwiek widziałam. Dolina jest przepiękna i oczarowała mnie już od pierwszego wyjścia z samochodu. Krajobraz nie z tej Ziemi, jakiś inny zapach, dźwięk i kolory. Aż ciężko mi było uwierzyć, że jestem gdzieś w Ameryce, a nie na Księżycu.

Do Doliny Śmierci pojechaliśmy podczas pobytu w Las Vegas. Pomimo, że do przejechania było aż 140 mil w jedną stronę, to nadal dało się tam dotrzeć w ramach jednodniowej wycieczki i całkiem sporo zobaczyć.


Już po paru kilometrach za miastem cywilizacja zniknęła nam z oczu i znaleźliśmy się na ogromnej pustyni Mojave. Od czasu do czasu mijaliśmy jakieś pojedyncze domy i mini miasteczka skupione wokół stacji benzynowej. Tu po raz pierwszy przekonaliśmy się, że amerykański Dziki Zachód jest rajem dla kierowców. Drogi są długie, szerokie i w zasadzie puste. Rzadko kiedy minął nas z naprzeciwka jakikolwiek samochód i przez tyle kilometrów nic nie jechało za nami. Brak "żywego ducha" w okolicy spotęgował uczucie bycia na końcu świata. Im bliżej doliny, tym pustkowie stawało się bardziej tajemnicze i nasze podekscytowanie rosło.


W końcu, po prawie trzech godzinach jazdy dotarliśmy do tabliczki parku narodowego.


Tuż za wjazdem do parku znajduje się Zabryskie Point, jeden z najpiękniejszych widoków w Dolinie Śmierci. Skały uformowane były w tak niezwykły sposób, że przypomniały piasek mieniący się w promieniach słońca na dnie morza. Niezwykłe barwy i gra świateł zapierają dech w piersiach. Od tego miejsca w zasięgu wzroku nie ma absolutnie żadnego życia. Ani źdźbła trawy, ani jednej jaszczurki, absolutnie nic zielonego.






Z Zabryskie Point ruszyliśmy dalej w głąb doliny do Furnance Creek Visitor Centre, czyli jedynego w okolicy źródła wody, sklepiku i informacji. Zaopatrzyliśmy się w mapę i spory zapas wody. Upał był tak niemiłosierny, że po napełnieniu butelki wodą wypiłam ją całą zanim doszłam do samochodu. A to przecież dopiero koniec kwietnia i jedynie 35 stopni! Nie wyobrażam sobie jakie tam musi być piekło w środku lata kiedy temperatura dochodzi do 50 stopni! Dlatego niezwykle ważne jest odpowiednie przygotowanie do zwiedzania Doliny Śmierci, szczególnie jeśli w planach są też piesze wycieczki przez wąwozy.

                         

Z Furnance Creek kontynuowaliśmy wzdłuż Badwater Road, jedynej asfaltowej drogi wzdłuż doliny. Po przestudiowaniu mapy parku zaczęłam żałować, że mamy tylko kilka godzin, a nie dni, bo do zobaczenia jest mnóstwo. Opracowaliśmy więc mini listę i ruszyliśmy przed siebie.

Pierwszym punktem na mini liście było Diabelskie Pole Golfowe - Devil's Golf Course. Lepszej nazwy dla tego miejsca wymyślić się chyba nie dało. Wielkie pole pełne poszarpanych, jakby wulkanicznych skał wyglądało jakby przed chwilą zakończyła się na nim jakaś diabelska gra lub bitwa. Po przyjrzeniu się tym skałom z bliska okazało się, były to bryły soli. Ciężko sobie wyobrazić skąd w takim miejscu, na środku pustyni wzięła się morska słona woda?



Z Diabelskiego Pola rozciąga się wspaniały widok na otaczające je skały.  Kolory są tak niesamowite jakby skały były celowo pomalowane. Najbardziej spodobały mi się skały w kolorze tiramisu. Az zrobiłam się głodna patrząc na ten skalny deser...




Kolejnym przystankiem był  Badwater Basin, czyli olbrzymie,  wyschnięte jezioro, na dnie którego pozostała tylko skamieniała sól.  I tylko gdzieniegdzie kałuże gęstej, słonej wody. Dno jeziora jest najniżej położonym miejscem w USA. Znajduje się 85 metrów poniżej poziomu morza. Na zboczu góry przy jeziorze zawieszona jest tabliczka z oznaczeniem poziomu morza, żeby łatwiej było sobie wyobrazić jak bardzo jest to nisko. Chociaż z drugiej strony tabliczka wcale nie jest potrzebna, ponieważ od razu po wyjściu z samochodu czuć , że coś jest nie tak. Jakieś inne ciśnienie, mniej sił i upał jeszcze bardziej doskwierał. Dodatkowo sól z jeziora paruje i szczypie w oczy. Tak więc pomimo planu zapuszczenia się w głąb tej białej pustyni, szybko wylądowaliśmy z powrotem w samochodzie.







W drodze powrotnej zboczyliśmy z Badwater Road, żeby zobaczyć Paletę Artysty (Artist's Palette), czyli górę, która wygląda tak, jak się nazywa. Aż ciężko uwierzyć, że w tych kolorach nie maczał ręki człowiek i zrobiła to sama natura...






Pomimo, że było dopiero około czwartej po południu, na niebie już pojawił się księżyc, który  wspaniale kontrastował  z głęboko niebieskim niebem i kolorami cappuccino dookoła.

Jeśli macie więcej czasu niż mieliśmy my, polecam też odwiedzenie Natural Bridge Canyon, Golden Caynon, Twenty Mule Team Canyon czy trochę odleglejszych Mesquite Dunes. Generalnie park jest olbrzymi i spokojnie można by spędzić tam parę dni i się nie nudzić.  My musieliśmy jednak już wracać i przygotować się do następnego dnia - kierunek  Zion National Park.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz